Z życia redaktora - Wikiźródła, wolna biblioteka

>>> Dane tekstu >>>
Autor Helena Staś
Tytuł Z życia redaktora
Pochodzenie Dziennik Narodowy, rok X, nr 233, str. 4
Data wydania 17 października 1908
Wydawnictwo Polish National Publishing Co.
Miejsce wyd. Chicago
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Z życia redaktora.

Pracę tę, aczkolwiek maluczką, ośmielam się ofiarować wszystkim życzliwym mi redaktorom.
Helena Staś.

Pewnego wieczoru, w jednym z polsko-amerykańskich redakcyjnych biur, za stosem papierów, książek i innych tego rodzaju artykułów, siedział, pochylony nad stołem, średnich lat mężczyzna — pisząc coś pilnie.
Obłamana poręcz krzesła na którym siedział, jak i cały dokoła nieład, świadczył, albo o braku estetycznych pojęć piszącego, albo o pogardzie dla nich, albo, piszący może był zmuszony przyjąć — co los dał łaskawie.
Zegar wybijał gdzieś w oddali godzinę dziewiątą, gdy znużony redaktor (tę to bowiem powagę mamy przed sobą) — rzucił pióra, opierając się na pozostałym kawałku poręczy krzesła — i wyrzekł półgłosem:
— Niech dyabli porwą całą amerykańską biedę i wszystkie wydawnictwa z nią razem! Korektorom nie mają czem płacić, więc siedź i za jedno myto — pracuj za dwóch! — Ha, trudno! — kończył półgłośny monolog, dla dobra społeczeństwa polskiego, trzeba zrobić i tę ofiarę.
Zadumał się. Ileż to ofiar dla dobra społecznego już poniósł. Ileż przebolał dla siebie i innych! Ileż nadziei, ileż zawodów osobistych i ogólnych nosiła ta głowa przypruszona już tu i owdzie szronem! — Blizko ćwierć wieku oddał na usługi społeczne — i cóż ma za to w nagrodę?
Smutnym wzrokiem objął ciasny redakcyjny kącik, — głowę zwiesił na piersi na zwilżone oczy spuścił powieki, westchnął a z westchnieniem tem — duszę posłał tam, gdzie żywe pamiątki Piastów, Jagielonów, i Wazów budziły ją swoim ukochaniem, a krzywdą i bólem szarpiącym każdą jej cząstkę — pchały ją do czynu; dumna przeszłą wielkością, zbolała teraźniejszą krzywdą, rwała się do życia, do walk, choć w nagrodę nęciła ją tylko — palma męczeństwa.
Zadumany redaktor, przeniesiony myślą za ocean, zapomniał o ciasnym kąciku, o niewygodnej pozycyi na złamanem krześle, o późnej godzinie, o znużonych członkach, widział się młodym, pełnym sił, wstępującym na arenę życia! — Pióro obrał za oręż, bo orężem tym — był pewny — podbije serca wszystkich. — bodaj świat cały!... Roił: powiedzie społeczeństwo ku szczytom doskonałości, choćby sam — gladyatorem miał zostać.
Siłą myśli i słowa, sądził, przeniknie i opanuje tłumy i — powiedzie je swą drogą na wyżyny!
Istotnie, coraz to większe tłumy go otaczały.
Był redaktorem; więc możni i mali, uczeni i artyści, księża i politykierzy, ściskali mu ręce, by dodać siły do pióra...
A on, wnikając w żądne pochlebstw sławy i intryg tłumy, powoli — zatracał samego siebie. I nie był już sobą, ale cząstką społeczną.
Młodociane marzenia tonęły gdzieś na dnie nieświadomej jednostki, a występował choć świadomy człowiek, ale niesiony prądem społecznej fali... A fala ta gnała go naprzód — dalej i dalej — ukazując coraz to nowe widnokręgi...
Na mitrach książęcych, na planach politycznych, na intrygach możnych, na sekretach kleru, na odkryciach uczonych, na sławie artystów, szedł wyobraźnią wyżej, aż doszedł szczytu Olimpu. — A gdy z szczytu owego, popatrzał na poplątaną myśl ludzką, która podobnie jak sieć w niewodzie, oplątuje również słabszych, — na niemożliwości rozplątania zadzierzgniętych jej węzłów i węzełków, — radby był bodaj z najwyższego szczytu światła zejść w ciemność — gdzie myśl spowita snem, marzy zaledwie niewyraźnie — o nieznanych jej drogach. — W chwilach takich, wąziutką drożynę zostawiona dla siebie intuitywnie — obok traktów, dróg, ścieżek ambitnego tłumu, — zbliżał się do matki natury i na jej łonie koił zawiedzione nadzieje, stargane siły, zbolałe serce — złamaną duszę.
Pamięta, gdy wyczerpywany rozwiązywaniem starych i nawiązywaniem nowych węzłów myśli siedział samotny o szarej godzinie — zdala od miejskiego gwaru w swoim pokoiku, gdzie przez otwarte okno wpadał zapach skoszonej opodal łąki, — coś, jak ból i tęsknota za czemś straconem, coś, jak pragnienie spokoju, w którym i on i całe społeczeństwo odrodzić by się mogło — rozpierało mu piersi.
Czuł w nastroju społecznem ogólne naprężenie, czuł — zbliżającą się burzę. I, czy to w danej chwili podniecony czystem zapachem łąki, czy uniesiony dźwiękiem wieczornych dzwonów przypominających “Aniół Pański”, czy rozrzewniony dochodzącym gdzieś od łąki drzącym prostaczym głosem na nutę “Kto się w opiekę”, czy porwany wszystkiemi razem dźwiękami przeszłości — jęczącemi mu na dnie duszy miłością — bólem, nadzieją, — bo zdzierał z siebie nabytą szatę sztucznego piękna i maluczki — pokorny — wołał: — Panie! oddal burzę; jeśli już nie słońce, to daj nam spokój księżycowej nocy!
Z modlitwą tą, ukojenie wpływało do skołatanej duszy, a dźwięczący w półmrocznej godzinie “Anioł Pański” zlewajacy się z zapachem polnych kwiatów, złączony z drzącym głosem prastarej pieśni, — tajemniczem brzmieniem dotykał mu strun serca — budził zapomniane pierwiastki i nowem światłem cisnął się do mózgu — gdzie ukazywał się jako zwiastun poczęcia nowego ducha...
Maluczkim był w takich chwilach i jeśli zdarzało się, że podówczas usłyszał szelest za drzwiami, a potem pukanie, a potem w uchylonych drzwiach ujrzał uśmiechniętą różową twarzyczkę, — zapominał o troskach, o społeczeństwie, o świecie całym, i jak dziecko w obrazek, lub ranny oracz w wschód słońca patrzał z zachwytem w różowy buziaczek.
Jutrzenka ukazywała się na tle nocy i jakby symbolizując jego myśli — niosła światło, stawiała je przed nim i srebrnym głosikiem jak dzwonek ranny po rosie oznajmiała: — Mama prosi na herbatę!
A jeśli nie podnosił się zaraz, podbiegła bliżej i patrząc figlarnie w rozłagodzone jego rysy — groziła paluszkiem — i dodawała:
— Znów Pan marzyłeś! i pewno obcowałeś z muzami!...
— Ej co tam muzy! — odpowiadał, — tyś królową wśród wszystkich muz świata!
— Gdybym była królową świata — mówiła niby poważnie — patrząc ciągle w niego tym zaczepno odpornym wzrokiem — zapędziłabym wszystkie muzy w najciemniejszy zakątek ziemi, geniuszom — odebrałabym skrzydła i gwiazdy, — i kazałabym światu zrobić wielkie święto! — dałabym na chwilę spocząć ludzkiej myśli!
Podczas — gdy mówiła — pochłaniał ją wzrokiem.
Liczyła szesnasty rok. Znał ją od lat pięciu. Przez cały ten czas śledził pilnie zamknięty pączek kwiatu, ciekaw — jaki kolor nosi w swoim łonie. Każdy objaw jej myśli chwytał skwapliwie, by po nim spojrzeć w drzemiącą jeszcze duszyczkę. Chciał widzieć jej wrażenie — gdy budzić się będzie.
Więc gdy w nieświadomości swej, trąciła jakby z lekceważeniem sztukę, on, patrząc na nią trochę uporczywie, trochę ciekawie — mówił wolno:
— Musiałabyś najpierw sama wyrzec się wszystkiego co ci sztuka dała!
— Hi—hi—hi—hi — zaśmiała się — sztuka? alboż ja ją znam? alboż posiadam cokolwiek z jej własności?
— Tę sukienkę perkalikową dała ci także sztuka, więc chcąc być królową prostoty i odbierać geniuszom piękno, musiałabyś wyrzec się jej i tylko w szacie natchnienia stanąć przed światem.
Dziewczę, nie rozumiejąc dobrze zawartej w słowach tych myśli, zaróżowiało się jak pączek białej róży przed rozwinięciem. Spuszczała oczy i zawstydzona, zamyślona, stała w miejscu — drząc cokolwiek, podobna kwiatuszkowi uchylającemu listeczki — promieniowi słońca.
A on, myślą, zdzierał z niej perkalikową sukienkę, oglądał niekształtne formy jej ciała, nasłuchiwał niespokojnie bijącego serduszka, gonił za wypłoszoną nagle myślą. — Doganiał, chwytał z rozkoszą, stroił w szatę natchnienia i mówił do siebie — Taką poprowadzę cię przez tłumy — ku szczytom Olimpu — po gwiazdę geniusza!
Zaledwie myśl ta się zrodziła a już jej żałował. Zwątpienie go ogarniało.
— A ona? gdzie pójdzie ona ze szczytu Olimpu? Czy nie zechce również zejść na dół — szukać niekształtnego ciała — nie rozwiniętej myśli?
Ból szarpał mu serce.
Co lepiej? Czy wieść ją stromemi ścieżkami ludzkiej myśli ku szczytom sławy, czy zostawić drzemiącą na łonie natury?
Przez ten czas, dziewczę, bujało także myślą po nieznanych jej drogach, i, czy spotkało może na nich tego myśl, który ją na nie skierował i przeczuciem wiedzione odgadło jej sprzeczność w tej chwili i bało się utracić cenne drogowskazy, czy z innych jakich pobudek, bo podnosiło na niego z wyrazem wymówki oczęta — a usprawiedliwiając niby swą śmiałość — mówiło: — Herbata pewno ostygnie! I nie tak już wesoło jak kiedy wchodziła — szła ku drzwiom.
Z westchnieniem podnosił się za nią i on, a myśląc w połowie o ofierze jaką uczyni dla społeczeństwa, bo obowiązek społeczny wziął górę nad rozumowaniem samoistnego człowieka a w połowie myśląc o wspomnianej herbacie — powtarzał:
— Dla dobra społeczeństwa polskiego — wypiję i ten cierpki nektar — wypiję!
Automatycznie szedł za szelestem perkalowej jej sukienki.
...Tak rojąc — w ciasnym kąciku na obczyźnie — rozmarzony redaktor — uniósł się z obłamanego krzesła, bo usłyszał wyraźnie... usłyszał! — szelest perkalowej sukienki!
Drgnął. — Za tą jutrzenką, młodą, jaśniejącą nadzieją, objawiającą mu się w chwilach rozterki i zwątpienia nowym duchem — przeszedł przez lądy i morze. Choć w innej ukazywała mu się postaci, czuł przecież w niej swe własne tchnienie, swe własne tętno, swą własną myśl...
Otworzył zmącone źrenice, i skierował je w stronę skąd szelest go doszedł.
Teraz dopiero ochydna rzeczywistość wyraźnie stanęła przed oczyma.
Na dopiero co zapisanych kartkach papieru, snuło się z szelestem — kilka karaluchów.
Zburzony z marzeń i przyprowadzony do rzeczywistości redaktor, stuknął pięścią w stół — wyrzucając z goryczą:
— Niech dyabli porwą to “amerykańskie łajdactwo”.
“Łajdactwo” — na stukot — rozbiegło się na wszystkie strony, a znużony redaktor, śledząc je — zamyślił się jeszcze na chwilę — a potem dodał:
— Ha, trudno! Dla dobra społeczeństwa polskiego, trzeba się zżyć — i z “amerykańskiem łajdactwem”...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Staś.