Wspomnienie (Junosza, 1893) - Wikiźródła, wolna biblioteka

>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wspomnienie
Pochodzenie „Wędrowiec“, 1893, nr 40
Redaktor Saturnin Sikorski
Wydawca Saturnin Sikorski
Data wydania 1893
Druk Drukarnia S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Michał Elwiro Andriolli
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


Klemens Junosza - Wspomnienie ornament 001.png
Wspomnienie



B
Było to w zimie w roku 1888, o godzinie 10 wieczorem, w wielkiej sali redakcyi „Kuryera Warszawskiego“. W przyległych pokojach zaczynało się robić gwarno. Coraz ktoś przybywał — dziennikarze, literaci, artyści dramatyczni, śpiewacy, malarze, cały nasz artystyczny światek miał się zebrać w tym dniu na raut i kolacyę składkową.
Współpracownicy stali „Kuryera“, wykończający niedzielny, rano wyjść mający numer (raut był w sobotę), majstrowie od telegramów, ostatnich wiadomości, czujny sylf od wypadków nagłych i niespodziewanych, korektorowie — wyproszeni zostali do drukarni i tam wśród kaszt i rygałów kończyli swą pracę — oczekując jeszcze na krytyków teatralnych i muzycznych, gdyż ci dopiero po skończonych widowiskach przychodzą do tego djabelskiego młyna, który się zowie redakcyą.
Biuro zamieniło się w salon i gdyby nie częsty brzęk dzwonka telefonu, nie woźni z telegrafu i posłańcy z kartkami, nikt by nie poznał, że to jest właśnie kuźnia, w której robi się tak popularny w Warszawie „Kuryer“.
Do pianina zasiadł Zygmunt Noskowski. Ktoby się mógł spodziewać, że taki poważny kompozytor, twórca „Morskiego Oka“ i tylu innych wzniosłych utworów, posiada nieprzebrane skarby humoru. Obdarzony nader subtelnym słuchem i niezmiernie bystrą obserwacyą, chwyta on w lot wszystkie grzechy muzyczne, zatrzymuje je w pamięci, a usiadłszy do fortepianu, oddaje je w dźwiękach z niesłychaną maestryą. Popis panienek na cztery ręce, panienek, które z trudnością wyuczyły się jakiejś sztuczki na imieniny papy, powtórzony przez Noskowskiego ze wszystkiemi omyłkami, gubieniem taktu i poprawkami — budzi niedające się powstrzymać wybuchy wesołości.
Po popisie panienek, idzie orkiestra podwórzowa, w której każdy instrument z innego strojony jest tonu; katarynka żebraka, stara, zepsuta, szkatułka grająca — a wszystko z podziwienia godną prawdą i humorem. Tego wieczoru pianino redakcyjne było w wielkich opałach — Kleczyński grał na niem Szopena, potem akompaniował do śpiewu Müllerowi, a i palce amatorów próbowały mocy i wytrwałości klawiszów.
Towarzystwo rozdzieliło się na grupy: jedni słuchali muzyki i deklamacyi, drudzy gawędzili o sztuce, literaturze, nowinkach dziennikarskich i teatralnych. W pokoju redakcyjnym, gdzie fabrykują politykę i „oskrobują“ korespondencye i wiadomości z chwili, przy stole, na którym zwykle autor „Leny“ pisuje, zasiadł Andriolli.


ŻYD. Oryginalny rysunek M. E. Andriollego.

Zbliżyłem się do kółka, które go otaczało i słuchałem z zajęciem. Opowiadał, a opowiadał niezmiernie zajmująco, o swojej podróży do Londynu. Wymowny jak rzadko, mówił płynnie, obrazowo, dowcipnie, z gestykulacyą żywą: każde zdanie pragnął uplastycznić gestem, a ta ruchliwość nadzwyczajna nie miała w sobie jednak nic rażącego i owszem, była przyjemną i pociągającą. Ten człowiek mówił nietylko ustami, lecz wzrokiem, uśmiechem, całą muskulaturą twarzy, ruchem rąk, ramion i całej postaci. Krew południowca odzywała się w nim wtedy.
Na stole leżał tak zwany „pasek“. Czytelnik niewtajemniczony w obyczaje redakcyjne, nie wie zapewne co to za przedmiot. Jest to długi, a wązki skrawek papieru, na którym pisze się artykuły do druku. W razie pośpiechu, „pasek“ tnie się na kawałki, rozdaje kilku zecerom i długi stosunkowo artykuł może być złożony w pół godziny. Tuż przy pasku znajdował się ołówek. Andriolli wziął go do ręki i od niechcenia zaczął rzucać jakieś kreski na papier.
Jest, jak dla mnie przynajmniej, a sądzę że i dla każdego zwolennika sztuk plastycznych, niezmiernie ciekawą technika artystów. Lubię bardzo patrzeć, jak pod palcami rzeźbiarza bryła gliny przybiera istoty żyjącej kształty; z ciekawością też wielką patrzyłem na zgrabną, nerwową rękę Andriollego. Ołówek nie posuwał się po papierze, ale skakał i stukał po stole, niby sztyfcik aparatu telegraficznego. Rzucał bezładnie napozór kreski podłużne i poprzeczne, miejscami szeregiem energicznych, niesłychanie szybkich ruchów, zrobił ciemną plamę — cień, jeszcze się zamaszysto posunął, jeszcze stuknął i oto już wygląda z papieru postać starca z ogromnemi białemi wąsami, charakterystyczna niezmiernie.
Zdaje się, że staruszek ten dostał się autorowi „Leny“. Wielką miałem ochotę na rysunek takiego mistrza, lecz nie śmiałem prosić, ale sam on odgadł myśl moją i rzekł:
— Czekaj, zrobię coś dla ciebie, co chcesz?
— Wszystko jedno — odrzekłem — chłopa, dziewczynę wiejską — cokolwiek.
— A nie! tobie się co innego należy — dla ciebie będzie żyd. Dobrze?
— Niech będzie i żyd.
— To ci się należy — mówił i jednocześnie szkicował, mówiąc: będzie żyd ogromnie uczony i ogromnie pyszny. Widziałem takich masami. Trzeba mu dać futrzany kołpak na głowę, dumny wyraz twarzy, podniesioną głowę, wielką pewność siebie, boć to nie lada osoba, nie biedny łapserdak, co skórki zajęcze sprzedaje — ale wielki more morejne, kupiec, talmudysta. Najadł się ryby na szabas i czuje swoją godność.
Podczas gdy mówił, ołówek skakał po papierze, stukał i w ciągu kilku minut „wspaniały żyd“ był gotów.
Czy jest taki, jakim go chciał mieć Andriolli niech czytelnicy sami osądzą — podaję go tu bowiem w bardzo dokładnej reprodukcyi.
Schowałem ów kawałek „paska“ redakcyjnego, jako bardzo miłą pamiątkę po artyście znakomitym i człowieku niezwykłym. W jakiś czas później, Andriolli będąc u mnie, zobaczył swego „żyda“ oprawionego już w ramkach.
— Ty to chowasz? — zapytał jakby zdziwiony.
— Oczywiście że chowam; takich pamiątek nie godzi się marnować.
Uścisnął mi rękę i rzekł:
— Żebym był wiedział, że uszanujesz, miałbyś jeszcze wspanialszego Mośka... Bo trzeba ci wiedzieć, dodał, że wiele moich szkiców, na pamiątkę rozdanych, zmarnowało się, a to dla artysty bardzo nieprzyjemnie.

Kl. Junosza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.